Strony

wtorek, 3 lutego 2015

MORZE / sea

Skończyłam moje "MORZE" (zdjęcia w trakcie). To znaczy dawno je skończyłam, ale czekało w kącie na zrobienie zdjęcia. Czekało naciągnięte na blejtram. Wiem, że to może nietypowe dla quiltów takie "oramowanie" ale co tam, mi się nawet podoba.

Robiłam zdjęcia na dworze, przy pięknym słoneczku. Troszkę są przekłamane, bo światło daje cień, ale jeszcze dużo prób przede mną, żeby zdjęcia oddawały to jaki jest quilt. A i tak "na żywo" zawsze jest inny:) Takie życie:)


I finished my " SEA" (work in progres). I mean, I've finished it long ago , but I did not have a time to make a photo . Stretched Canvas waiting . I know it's unusual for a quilt to look like these, like a paint on a stretcher but I’ve wanted to try to make it like these and I like it:)


I was taking pictures outdoors in the beautiful sunshine . I know that the light makes a shadow , I know it. But I even like it. 





I nagrałam jeszcze malutki filmik, bo niektóre efekty widać dopiero w ruchu.
MORZE na you tube

And I've made a short, anprofesional film, byt some effects are visible on the move.
SEA on you tube

Dziękuję za odwiedziny:)

środa, 28 stycznia 2015

Mój pierwszy kurs

Od 18 stycznia br. nie mogę już pisać ani mówić, że nie byłam na  żadnym szyciowym kursie. W wyniku splotu różnych szczęśliwych okoliczności, podjęcia kilku pomniejszych decyzji w odpowiednim czasie, zapisałam się na kurs prowadzony przez Bożenę Wojtaszek w Szkole Patchworku.

Ale po kolei.

Przez początkowy czas swojej przygody z patchworkiem koncentrowałam się na formach użytkowych, narzutach, poduszkach ewentualnie torbach i kosmetyczkach – żeby to było „po coś”, żeby było „użyteczne”. Ale tak czuję, że coś więcej mi w duszy gra. Potrzebowałam impulsu, żeby zacząć robić rzeczy, na które „tylko” się patrzy:)  I miałam to szczęście spotkać na swojej drodze osoby, które mnie zainspirowały do dalszych działań w tym kierunku.
Jedną z tych osób była Bożena Wojtaszek, która za pośrednictwem swojego bloga The Textile Cuisine już od jakiegoś czasu odkrywała przede mną świat art quiltu. I okazało się, że jest możliwość uczestniczenia zajęciach prowadzonych przez Bożenę w warszawskiej Szkole Patchworku. To była jedna z najszybciej podjętych przeze mnie decyzji:)

Na zajęciach szyłyśmy domki. Moje wyglądają tak:




Uszyłam dwa, bo początkowo objawiła się moja niepokorna natura, nie posłuchałam do końca nauczycielki, i żeby uszyć domek sposobem przedstawionym na kursie, musiałam zacząć od początku. Tak więc na pierwszym  w kolejności  zdjęciu jest „prawidłowy” domek, a drugi to moja wariacja na temat:) Nie chciałam żeby moje nieposłuszeństwo zostało udokumentowane na zdjęciach, dlatego nie przyczepiłam go do tablicy na koniec zajęć  - chociaż przecież wszyscy obecni i tak wiedzieli, że wydziergałam dwa:) Skutkiem tego, mój drugi, a właściwie pierwszy domek nie pojawia się na zdjęciach w relacji z kursu na blogu Szkoły Patchworku – o TUTAJ, ani u Bożeny Wojtaszek – o TUTAJ. Tam też możecie zobaczyć domki uszyte przez pozostałe kursantki, które przy okazji bardzo serdecznie pozdrawiam (kursantki oczywiście, a nie domki:)A właściwie domki też pozdrawiam, a zwłaszcza mieszkające w nich koty).

Namieszałam, prawda:)


Ale  domki to jedno, a wrażenia to drugie. Nie można ich uwiecznić na fotografii, więc przez chwilę nie będzie obrazków.

Podczas kursu nie tylko samo szycie się odbywało. Były opowieści o szyciu, o życiu, o sztuce, o różnych różnościach. Naoglądałam się prac Bożeny, patrzyłam i patrzyłam. I słuchałam. I swoje „Morze” pokazałam, chociaż długo się zbierałam na odwagę….:)

Niezapomniane spotkanie, duuużo mi dało, naładowało pozytywną energią i zainspirowało na przyszłość. I chociaż tak się układa, że czasu na szycie mam coraz mniej, to sprawia mi coraz więcej radości i satysfakcji, i dobrze, bo jak mówią nie ilość ale jakość:) I za to dziękuję:)

Ale to wszystko nie było by możliwe, gdyby nie warszawska Szkoła Patchworku. Wspaniałe miejsce i azyl dla „materialistek”. Jeśli nikt nie rozumie Twojego zamiłowania do tkanin, musisz, po prostu musisz odwiedzić to miejsce i spotkać się z dobrym duchem Szkoły, czyli z Anną Sławińską. Tutaj kawałki tkanin to początek niezapomnianej i niekończącej się przygody z patchworkiem, który ma wiele twarzy, pozwala na ciągłe odkrywanie nowych technik, uczy, bawi i ogrzewa:)

A na zdjęciu poniżej Anna Sławińska w naszyjniku z domkami autorstwa Bożeny Wojtaszek. Zrobiłam to zdjęcie podczas kursu, i wydaje mi się, że dobrze oddaje atmosferę panującą w szkole – jest i profesjonalny warsztat pracy (na zdjęciu załapała się mata do cięcia, a poza kadrem wszystko czego potrzeba do szycia), są rozmowy przy kawie (tu termiczny kubek jednej z kursantek, a poza kadrem słodkości, napoje ciepłe i zimne), tkaniny gotowe na to, aby stać się częścią patchworkowych miękkości i jest Ania, pełna entuzjazmu, miłości do tkanin i patchworku*.



*W tym opisie starałam się być bardzo obiektywna. Ale przyznam,  że będąc osobą:
  • widzącą w wielu najzwyklejszych rzeczach pomysł na quilt;
  • której bardzo podobają się prace Anny Sławińskiej
  • która jest wprost zauroczona pracami Bożeny Wojtaszek
  • która jest „materialistką” (czyli uzależnioną od tkanin)

mogę śmiało powiedzieć, że mój obiektywizm w opisywanych zdarzeniach może być nieco subiektywny:)

niedziela, 25 stycznia 2015

Moje morze

Postanowiłam spróbować czegoś innego. To znaczy maszyna do szycia pozostaje, tkaniny, wypełnienie, pikowanie - to wszystko też. Ale wszystko razem tak jakoś inaczej. Pierwszym krokiem była "Noc" - a teraz idę dalej:)

Inspiracją było zdjęcie małża z Morza Czerwonego - przydaczni niebieskiej. Cięłam, malowałam tkaninę, pikowałam, wykorzystałam cekiny, które kupiłam jakieś 10 lat temu (w końcu się doczekały:))
Poniżej kilka zdjęć fragmentów. 


Muszę jeszcze zrobić zdjęcie całości. 

A potem chciałabym opisać moje wrażenia z kursu prowadzonego przez Bożenę Wojtaszek (TU znajdziecie jej blog) w Szkole Patchworku, na którym byłam w międzyczasie 

- ale to następnym razem:)

Do zobaczenia:)

piątek, 16 stycznia 2015

Podkładki dla "Farmera"


Tak wyglądają podkładki dla "Farmera". Dość tajemnicza nazwa, ale niewtajemniczonym postaram się to sprawnie wyjaśnić. 
W grupie polskich patchworkarek trwa obecnie szycie Farmer's Wife. To troszkę nie mój klimat, więc jako urozmaicenie "pochwaliłam" się moimi tęczowymi podkładkami:


A przy zdjęciu napisałam, że może takie podkładki spodobały by się Żonie Farmera. No i okazało się, że nie jest do końca wiadome, czy Farmer byłby w stanie posilać się w towarzystwie takich kolorowych dekoracji podtalerzowych... 

I wtedy przypomniałam sobie, że przecież uszyłam jeszcze takie, stonowane, spokojne... żeby biedaczek nie musiał jadać na gazecie... chyba się nadadzą...


Poza tym te podkładki są dość wyjątkowe. Kiedy je szyłam, nie miałam pojęcia, że wyjdą tak dobrze. Nie jest to nieskromność a jedynie zadowolenie, że dałam się powieść pomysłowi, nie przekombinowałam i poświęciłam kawałek ślicznego brązu (od Robin'sPatchwork) na "zwykłą" lamówkę, która dopełniła całośći. Tkanina w napisy pochodzi z CraftFabric. Tył zrobiłam czarny, a całość przepikowana jest stopką z górnym transportem w krateczkę na szerokość stopki. I tyle. I wystarczy. (No oczywiście wypełnienie w środku:)
Wspaniale komponują się z drewnem, naturalnymi kolorami w pomieszczeniu, stalą... 
Polecam:) 
Do zobaczenia:)



PS.
I jeszcze o jednym chciałam napisać - moja Gwiazdeczka i tęczowy woreczek stanęły na podium w patchworkowym konkursie. Cieszę się:) Tu możecie zobaczyć nagrodzone prace - Konkurs CraftFabric. 


Do zobaczenia



środa, 17 grudnia 2014

Pikowanie

Ostatnio uszyłam kosmetyczki i okładkę na kalendarz z tych samych tkanin, ale wykorzystałam różne sposoby pikowania, a to sprawiło, że mimo podobieństwa różniły się zarówno w wyglądzie jak i w dotyku. Różnic w miękkości za pośrednictwem bloga pokazać się nie da:) ale pozbierałam zdjęcia, a na nich też widać różnicę.

Zacznę od kosmetyczek. Uszyłam taki zestaw:

Pierwszą pikowałam stopką kroczącą , na szerokość stopki. Dałam 2 warstwy ociepliny, ale dzięki takiemu pikowaniu była mięciutka, wyginała się, albo inaczej - była giętka.


W drugiej na górze zastosowałam takie pikowanie jak w pierwszej, ale dół pikowałam już FMQ lotem trzmiela, dość gęsto - to usztywniło kosmetyczkę.


Ostatnią całą wypikowałam FMQ lotem trzmiela, też dość ciasno. Na pierwszym zdjęciu, gdzie są wszystkie razem najlepiej widać różnice w powstałej dzięki pikowaniu fakturze.


A potem powstała jeszcze okładka na kalendarz. Tu mnie troszkę poniosło:) Ale mając na uwadze, że powinna być pikowana dość gęsto, żeby nie była zbyt miękka i delikatna, mogłam sobie pojeździć troszkę maszyną tam i z powrotem. Robiąc zdjęcia, doszłam do wniosku, że lewa strona też jest inspirująca

A oto wierzch



I to chyba tyle co miałam na ten temat do napisania,
Pozdrawiam:)





czwartek, 27 listopada 2014

Ćwiczenia w pikowaniu

Dzięki Wiesi z quiltandsmile wzięłam się za naukę pikowania piór, wcześniej jakoś ten rodzaj pikowania nie przypadł mi do gustu. I wyszła mi ... choinka:) Oczywiście najpierw ćwiczyłam na sucho, tzn. rysowałam sobie pióra zgodnie z TYM postem i zrobiła się taka oto choinka. Rozmiar w sam raz na próby i ćwiczenia, a jeszcze można wykorzystać na kartkę albo podkładkę świąteczną:) Tkaniny to wykorzystanie stosiku kwadratów - resztek po szyciu patchworka (z jednego pudełeczka), wypełnienie - też końcówki (z drugiego pudełeczka)(ostatnio robiłam porządki:)). 


Zaczęłam od szablonu choinki, który odrysowałam na tkaninie znikającym flamastrem, a potem z wolnej ręki przepikowałam dookoła 3 razy (żeby linia była wyraźniejsza), środkowy ogonek pióra pikowany jest raz. Używałam cieniowanej nici o grubości 80.


A potem pikowałam piórkowo zaczynając od prawej strony ogonka, do góry, potem po ogonku zjechałam na dół i prawą stronę zrobiłam, tak jak na rysunkach. Ale żeby zrozumieć, to chyba trzeba najpierw poćwiczyć z Wiesią na jej blogu o TU, bo po co tłumaczyć coś, co ktoś już super zrobił:)




A te "szczeliny", albo inaczej mówiąc "szpary" między pikowaniem wzoru pióra w choince a jej konturem wypełniłam przeszyciami z wolnej ręki tak jak się czasem coś zamazuje. To samo zrobiłam z ogonkiem pióra.


Tło pikowałam liniami, jedna obok drugiej, białą nitką. Znikającym flamastrem narysowałam sobie kilka linii pomocniczych, żeby mi się pikowanie nie pokrzywiło.



A potem trzeba przyciąć choineczkę do formatu koperty, w której ma się schować (musi być mniejsza niż koperta, żeby lekko wchodziła) i trzeba obszyć brzegi.



I kartka prawie gotowa. Pod spód doszywam jeszcze kartkę z bloku technicznego, na której można napisać życzenia i gotowe.



I jeszcze choineczki w innych wersjach - troszkę mnie poniosło:)




A Wiesi dziękuję za inspirację

Do zobaczenia:)