środa, 28 stycznia 2015

Mój pierwszy kurs

Od 18 stycznia br. nie mogę już pisać ani mówić, że nie byłam na  żadnym szyciowym kursie. W wyniku splotu różnych szczęśliwych okoliczności, podjęcia kilku pomniejszych decyzji w odpowiednim czasie, zapisałam się na kurs prowadzony przez Bożenę Wojtaszek w Szkole Patchworku.

Ale po kolei.

Przez początkowy czas swojej przygody z patchworkiem koncentrowałam się na formach użytkowych, narzutach, poduszkach ewentualnie torbach i kosmetyczkach – żeby to było „po coś”, żeby było „użyteczne”. Ale tak czuję, że coś więcej mi w duszy gra. Potrzebowałam impulsu, żeby zacząć robić rzeczy, na które „tylko” się patrzy:)  I miałam to szczęście spotkać na swojej drodze osoby, które mnie zainspirowały do dalszych działań w tym kierunku.
Jedną z tych osób była Bożena Wojtaszek, która za pośrednictwem swojego bloga The Textile Cuisine już od jakiegoś czasu odkrywała przede mną świat art quiltu. I okazało się, że jest możliwość uczestniczenia zajęciach prowadzonych przez Bożenę w warszawskiej Szkole Patchworku. To była jedna z najszybciej podjętych przeze mnie decyzji:)

Na zajęciach szyłyśmy domki. Moje wyglądają tak:




Uszyłam dwa, bo początkowo objawiła się moja niepokorna natura, nie posłuchałam do końca nauczycielki, i żeby uszyć domek sposobem przedstawionym na kursie, musiałam zacząć od początku. Tak więc na pierwszym  w kolejności  zdjęciu jest „prawidłowy” domek, a drugi to moja wariacja na temat:) Nie chciałam żeby moje nieposłuszeństwo zostało udokumentowane na zdjęciach, dlatego nie przyczepiłam go do tablicy na koniec zajęć  - chociaż przecież wszyscy obecni i tak wiedzieli, że wydziergałam dwa:) Skutkiem tego, mój drugi, a właściwie pierwszy domek nie pojawia się na zdjęciach w relacji z kursu na blogu Szkoły Patchworku – o TUTAJ, ani u Bożeny Wojtaszek – o TUTAJ. Tam też możecie zobaczyć domki uszyte przez pozostałe kursantki, które przy okazji bardzo serdecznie pozdrawiam (kursantki oczywiście, a nie domki:)A właściwie domki też pozdrawiam, a zwłaszcza mieszkające w nich koty).

Namieszałam, prawda:)


Ale  domki to jedno, a wrażenia to drugie. Nie można ich uwiecznić na fotografii, więc przez chwilę nie będzie obrazków.

Podczas kursu nie tylko samo szycie się odbywało. Były opowieści o szyciu, o życiu, o sztuce, o różnych różnościach. Naoglądałam się prac Bożeny, patrzyłam i patrzyłam. I słuchałam. I swoje „Morze” pokazałam, chociaż długo się zbierałam na odwagę….:)

Niezapomniane spotkanie, duuużo mi dało, naładowało pozytywną energią i zainspirowało na przyszłość. I chociaż tak się układa, że czasu na szycie mam coraz mniej, to sprawia mi coraz więcej radości i satysfakcji, i dobrze, bo jak mówią nie ilość ale jakość:) I za to dziękuję:)

Ale to wszystko nie było by możliwe, gdyby nie warszawska Szkoła Patchworku. Wspaniałe miejsce i azyl dla „materialistek”. Jeśli nikt nie rozumie Twojego zamiłowania do tkanin, musisz, po prostu musisz odwiedzić to miejsce i spotkać się z dobrym duchem Szkoły, czyli z Anną Sławińską. Tutaj kawałki tkanin to początek niezapomnianej i niekończącej się przygody z patchworkiem, który ma wiele twarzy, pozwala na ciągłe odkrywanie nowych technik, uczy, bawi i ogrzewa:)

A na zdjęciu poniżej Anna Sławińska w naszyjniku z domkami autorstwa Bożeny Wojtaszek. Zrobiłam to zdjęcie podczas kursu, i wydaje mi się, że dobrze oddaje atmosferę panującą w szkole – jest i profesjonalny warsztat pracy (na zdjęciu załapała się mata do cięcia, a poza kadrem wszystko czego potrzeba do szycia), są rozmowy przy kawie (tu termiczny kubek jednej z kursantek, a poza kadrem słodkości, napoje ciepłe i zimne), tkaniny gotowe na to, aby stać się częścią patchworkowych miękkości i jest Ania, pełna entuzjazmu, miłości do tkanin i patchworku*.



*W tym opisie starałam się być bardzo obiektywna. Ale przyznam,  że będąc osobą:
  • widzącą w wielu najzwyklejszych rzeczach pomysł na quilt;
  • której bardzo podobają się prace Anny Sławińskiej
  • która jest wprost zauroczona pracami Bożeny Wojtaszek
  • która jest „materialistką” (czyli uzależnioną od tkanin)

mogę śmiało powiedzieć, że mój obiektywizm w opisywanych zdarzeniach może być nieco subiektywny:)

6 komentarzy:

  1. Toż to laurka jakaś, a nie relacja z kursu!!!

    Za miłe słowa bardzo dziękuję, przy najbliższej okazji uściski gwarantowane :)
    No i niech ta okazja jak najszybciej się nadarzy!

    I absolutnie nie zgadzam się na ograniczanie czasu szycia - szyj ile się da bo pięknie szyjesz i szkoda taki talent po kątach upychać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie laurka miała być, starałam się, naprawdę, żeby było obiektywnie:) Ale co ja poradzę, że i tak wyszło jak wyszło? :))))

      Usuń
  2. Myślę, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Pewnie moje odczucia po takim kursie byłyby podobne ;) Ja już jakiś czas temu zostałam zmuszona do zamiany ilości na jakość i bardzo mi z tym dobrze. I rzeczywiście jest tak, że dosłownie wszędzie widzę pomysły na quilt... czasami głowa od tego boli... bo ręce już się rwą do pracy, jednak codzienność nie pozwala realizować wszystkich pomysłów tak szybko jakby się chciało. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bo u Ani tak jest :D
    A ja za chwileczkę, za momencik się z Nią znowu spotkam i się doczekać nie mogę :D

    Zaciekawiła mnie ta prawidłowość/nieprawidłowość domków. Chyba pozgłębiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie mogę zdradzić gdzie się kryje:)) pozgłębiaj:))

      Usuń